MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Zamość grzmiał ze wszystkich dział. Szwedzki „potop”, który rozbił się o forteczne mury

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Zamość był uważany za jedną z najpotężniejszych twierdz Rzeczypospolitej. W 1648 r. miasto oparło się nawale Kozaków Bohdana Chmielnickiego, dlatego wieści o klęskach wojsk polskich po kolejnym, tym razem szwedzkim, najeździe oraz kolejnych zdradach możnowładców (np. pod Ujściem) nie wywoływały w mieście paniki. Zamościanie czuli się za potężnymi murami bezpiecznie. 2 sierpnia 1655 r. ordynat Jan „Sobiepan” Zamoyski otrzymał jednak alarmujący list od króla Jana II Kazimierza.

„Dopuścił Pan Bóg ciężki raz na tę Ojczyznę naszą, gdy za nastąpieniem wojska szwedzkiego na granice wielkopolskie wszedł in viscera (do wnętrzności — dop. autor) tych dwu województw ten nieprzyjaciel — czytamy w liście. — Żądamy przeto wierności Twojej, abyś nas w tym ciężkim razie nie opuszczał, oraz praw i wolności, także i wiary świętej katolickiej”.

Chcieli króla ze Szwecji

Król wzywał „Sobiepana” do siebie „z jak największą liczbą ludzi”. Ten jednak nie bardzo się tym przejął. Nie chciał swych dóbr pozostawić bez ochrony. Tymczasem sytuacja stała się dramatyczna. Szwedzi zajęli Warszawę, Kraków i wiele innych miast, potem całych województw. Wojska polskie buntowały się, a szlachta masowo „oznajmiała” wierność Karolowi Gustawowi, królowi szwedzkiemu.

Jan Kazimierz musiał uciekać na Śląsk. W tym czasie „Sobiepan” także postanowił przyjąć szwedzką „protekcję” (był jednym z posłów do Karola Gustawa, wybranym przez wojsko i szlachtę). Nie sam. Odpowiednią deklarację o „odstąpieniu Jana Kazimierza oraz o wierności i posłuszeństwu Karolowi Gustawowi” szlachta województwa bełskiego i ruskiego uchwaliła 15 listopada w Zamościu. Planowano osadzić króla szwedzkiego na tronie polskim. W jakim celu?

„Społeczność szlachecka południowych i wschodnich województw jeszcze się łudziła, że będzie można znaleźć modus vivendi (rodzaj kompromisu — dop. autor) z Karolem Gustawem, uwalniając przy jego pomocy Rzeczpospolitą od innych przeciwników” — tłumaczył znakomity historyk Adam Kersten.

Karol Gustaw miał być lekiem na niszczycielskie najazdy Kozaków.

„Sobiepan” z królem

Żołnierze polscy spodziewali się, że Szwedzi zapłacą im zaległy żołd, a szlachta, iż Karol Gustaw natychmiast ruszy na Kozaków. Tak się nie stało. To wywołało powszechne niezadowolenie. „Sobiepan” zaczął tymczasem dostawać kolejne listy od Jana Kazimierza z prośbą o dochowanie mu wierności (podobne w tym czasie otrzymywali też inni magnaci). Król domagał się też m.in. utrzymania Zamościa w polskich rękach. Królewskie ostrzeżenia nie były bezpodstawne. W połowie listopada „jakiś” oddział szwedzki pojawił się pod Zamościem. Czy był to tylko rekonesans? Nie wiadomo. Szwedzi prawdopodobnie odeszli po wypłaceniu odpowiedniej „sumki” ze szkatuły „Sobiepana”.

Tymczasem Jan Kazimierz odzyskiwał siły. Szlachta wracała pod jego panowanie, a Tatarzy zaoferowali mu przymierze i pomoc wojskową. To zrobiło także na zamościanach wielkie wrażenie — Tatarów bano się tak samo jak Kozaków. W tej sytuacji „Sobiepan” zdecydowanie opowiedział się po stronie Jana Kazimierza. 22 lutego 1656 r. w Zamościu gruchnęła wieść o rozbiciu wojsk polskich pod dowództwem Stefana Czarnieckiego w bitwie pod Gołębiem oraz o zajęciu przez Szwedów Lublina. Rozproszone polskie pułki ruszyły w stronę Zamościa. W ślad za nimi podążała armia Karola Gustawa. Forteca była jednak gotowa na odparcie ataku.

Tak wydarzenia te opisywał Henryk Sienkiewicz w „Potopie”:

„Mury były jako kwieciem żołnierzami ubrane. Pułki piechoty tak świetnej, jakiej nie było w całej Rzeczypospolitej, stały w gotowości jeden obok drugiego, z muszkietami w ręku i oczyma zwróconymi ku polom. Mało służyło w nich cudzoziemców, ledwie trochę Prusaków i Francuzów, głównie zaś chłopi ordynaccy. Lud rosły, dorodny, któren gdy go w barwiste kolety przybrano i na modłę cudzoziemską wyćwiczono, bił się tak dobrze, jak najlepsi kromwelowscy Anglicy. Szczególnie tędzy byli, gdy po strzałach przyszło rzucić się wręcz na nieprzyjaciela. I teraz wyglądali Szwedów niecierpliwie, pomni dawniejszych swych nad Chmielnickim tryumfów. Przy działach, których długie szyje wyciągały się jakoby z ciekawością przez blanki ku polom, służyli przeważnie Flamandowie, do ognistej służby najprzedniejsi. Za fortecą już, z tamtej strony fosy, kręciły się chorągwie lekkiej jazdy, same bezpieczne, bo pod osłoną dział i schroniska pewne, a mogące w każdej chwili skoczyć, gdzie trzeba. Starosta kałuski (chodzi o Jana „Sobiepana” Zamoyskiego — dop. autor) objeżdżał mury w szmelcowej zbroi, z pozłocistym buzdyganem w ręku, i co chwila pytał: „A co, nie widać jeszcze?”. I klął pod nosem, gdy mu zewsząd odpowiadano, że nie widać”.

„Sobiepan” doczekał się w końcu oblężenia.

Zabiliście jedną świnię

„Tymczasem trudno było coś widzieć, bo trochę mgły wisiało w powietrzu. Dopiero koło dziesiątej rano zaczęła opadać. Niebo błękitne zaświeciło nad głowami, widnokrąg wyjaśnił się, i zaraz też na zachodniej stronie murów poczęto wołać: „Jadą! jadą! jadą” — czytamy w „Potopie”.

Obrońcy zaczęli patrzeć na wrogie wojska jak na teatralne widowisko. Szwedzka armia wyglądała z daleka pięknie i groźnie. Tak to opisywał Henryk Sienkiewicz: „Bliższe pułki były bardzo już wyraźne, tak że gołym okiem można było rozróżnić piechotę, idącą głębokimi szeregami, i zastępy rajtarskie; dalsze natomiast przedstawiały się jakoby kłęby kurzawy ciemnej, toczącej się ku miastu. Z wolna przybywało coraz więcej pułków, armat, jazdy«. Dalej w »Potopie« czytamy: »Widok był piękny. Ze środka każdego czworoboku piechurów sterczał w górę niezmiernie regularny czworobok włóczni; między nimi wiewały chorągwie różnych barw, a najwięcej błękitnych z białymi krzyżami i błękitnych ze złotymi lwami. Zbliżali się jeszcze bardziej. Na murach było cicho, więc powiew wiatru niósł od nich skrzyp kół, chrzęst zbroi, tętent koni i przytłumiony gwar głosów ludzkich. Doszedłszy na dwa strzały ze śmigownicy, poczęli się rozciągać przed fortecą”.

25 lutego Szwedzi otoczyli fortecę. „Król szwedzki stanąwszy pod Zamościem, wezwał pana Zamoyskiego, aby się poddał, który mu odpowiedział, iż tego nie uczyni — pisał Francuz Pierre des Noyers, sekretarz królowej Ludwiki Marii. — Ta krótka i śmiała odpowiedź bardzo nie w smak poszła królowi, który dla zastraszenia pana Zamoyskiego posłał mu 200 kul armatnich, potem wyprawił do niego trębaczy, przepraszając za szkody, które miastu wyrządził swymi działami, prosząc, aby się przecież pomiarkował i fortecę poddał”.

Taka argumentacja nie trafiła do przekonania „Sobiepana”. „Książę Zamoyski odesłał trębaczy i kazał powiedzieć królowi szwedzkiemu, że się łatwo pocieszy, że jego działa nie bardzo uszkodziły miasto i tylko jednego wieprza na ulicy zabiły” — ciągnął opowieść zadowolony francuski kronikarz.

Dobrze, niechże palą

Karol Gustaw nie rezygnował. Wysłał do Zamościa szwedzkiego pułkownika Georga Forgella oraz Jana Sapiehę. Mieli oni zaoferować ordynatowi w zamian za oddanie twierdzy 200 000 talarów, województwo lubelskie oraz gwarancję nienaruszalności dóbr dziedzicznych Zamoyskiego. Do fortecy wpuszczono tylko Forgella (Sapiehy, jako zdrajcy, ten zaszczyt nie spotkał). Odpowiedź Zamoyskiego znowu była butna.

„Wysłuchawszy Forgella odpowiedział, iż w żadne układy wchodzić nie chce i że gdyby miał życie sto tysięcy razy stracić, zawsze by je na sługi króla i pana swego poświęcił, jeżeli się zaś król szwedzki po tak krótkim pobycie pod jego fortecą już nudzić zaczyna, tedy przyśle skrzypków, aby mu zagrali. Potem częstował Forgella i pił z nim za zdrowie króla polskiego” — pisał des Noyers.

Król Karol dowodził armią liczącą 18 000 wojska i mającą 40 armat. Po odmowie poddania twierdzy (według Sienkiewicza podczas negocjacji Zamoyski miał w zamian za owe województwo lubelskie ofiarować królowi szwedzkiemu… Niderlandy) rozpoczęto ostrzał.

„Cały Zamość okrył się dymem, jakby chmurą niezmierną, tylko raz po razu łyskało w owej chmurze i grzmot huczał nieustanny. Lecz wnet ogień z ciężkich fortecznych śmigowic przemógł. Szwedzkie kule padały w fosę lub odbijały się bez skutku o potężne anguły; pod wieczór nieprzyjaciel musiał się cofać z bliższych szańców, twierdza bowiem zasypywała je takim gradem pocisków, że żywy duch wytrzymać nie mógł — czytamy w Sienkiewiczowskim „Potopie”. –Uniesiony gniewem król szwedzki kazał zapalić wszystkie okoliczne wsie i miasteczka, tak, że okolica wyglądała w nocy jak jedno morze ognia, lecz pan starosta ani o to dbał. „Dobrze — mówił — niechże palą! My mamy dach nad głową, ale im rychło za kołnierz naleci”.

Szwedzki ostrzał nie mógł poczynić wiele szkód. Napastnicy dysponowali tylko lekką artylerią polową. Nie mieli też sprzętu oblężniczego.

„Drugiego dnia przyszło królowi (szwedzkiemu) kilkanaście dział, które ledwie że wciągnięto na szańce, wnet poczęły przeciw twierdzy pracować. Nie spodziewał się król wprawdzie zgruchotać murów, chciał tylko wpoić w starostę przekonanie, że postanowił szturmować zaciekle i nieubłaganie — czytamy w „Potopie”. — Pragnął przerazić; ale były to tylko strachy na Lachy. Pan starosta ani przez chwilę w nie nie uwierzył i często pokazując się na murach, mówił w czasie największej strzelaniny: Po co oni prochy psują?!”.

Król szwedzki odstąpił

Szwedzi obawiali się odsieczy. Z Białej Rawskiej szedł zamościanom z pomocą Aleksander Koniecpolski z 3000 jazdy, od strony Brześcia nadchodziła „dywizja” Pawła Sapiehy w sile 6000—8000 żołnierzy, a w okolicach Zamościa krążyły oddziały Czarnieckiego. Dlatego król szwedzki spuścił z tonu. Jak pisał Pierre des Noyers, nakłaniał Zamoyskiego, by za oddanie twierdzy „żądał co zechce, a wszystko uzyska”, a potem, żeby chociaż puścił jego wojska do Lwowa drogą pod murem. Zamoyski pozostał na to głuchy.

1 marca Karol Gustaw zrezygnował z oblężenia. „Król szwedzki odstąpił, prawie wściekając się ze złości za taką wzgardę i kazał spalić wszystkie wsie okoliczne udając się ku Lwowowi” — opisywał Francuz porażkę Karola Gustawa. „Zamość grzmiał za nimi ze wszystkich dział” — dodał Henryk Sienkiewicz.

Obrona twierdzy wzmogła wolę walki w mieszkańcach Rzeczypospolitej (oprócz Zamościa najeźdźcy nie zdobyli tylko Gdańska i Częstochowy). Przyniosła krajowi otuchę, a potem zwycięstwo.

„Gratulor tej pierwszej utrapionej Ojczyźnie pociechy, którą odebrała z stałego animuszu WMP Pana, że przykładem odważnych przodków swoich, żadnymi intencjami i fortelami nieprzyjacielskimi nie zwiedziony, Bogu i królowi wiary statecznie dotrzymywał” — chwalił „Sobiepana” w imieniu króla ówczesny kanclerz Stefan Koryciński.

od 7 lat
Wideo

Dr hab. n. med. Jakub Żołnierek - Debata, nowotwory męskie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski