Masakra w kamienicy przy 3 Maja. Zatłukł rodziców młotkiem, bo nie pozwolili na ślub. Tą tragedią żyło całe miasto

Piotr Nowak
Piotr Nowak
Łukasz Kaczanowski/archiwum
Chwycił za młotek. Zabił matkę, a potem ojca. Wszystko rozegrało się w kamienicy przy ul. 3 Maja 22 w Lublinie. Ta tragedia wstrząsnęła mieszkańcami miasta 64 lata temu.
Masakra w kamienicy przy 3 Maja. Zatłukł rodziców młotkiem, bo nie pozwolili na ślub. Tą tragedią żyło całe miasto

„Wąski przedpokój. Na środku plama nie zastygłej jeszcze krwi! Przy ścianie leży przewrócone krzesło z wyłamanym oparciem. Na lewo wiodą drzwi do sypialni, w której jeszcze przedwczoraj w nocy spali małżonkowie Franciszka i Mieczysław Gorzelowie” - tak miejsce zbrodni opisywał „Kurier Lubelski" z 27 marca 1957 r. Wówczas jeszcze w mieszkaniu przy ul. 3 Maja pracowali milicjanci, prokurator i lekarz medycyny sądowej. Poszukiwano najdrobniejszych śladów, które mogłyby rzucić światło na potworny mord. „W trakcie oględzin w rogu drzwi wejściowych znaleziono ciężki żelazny klucz francuski owinięty w papier. A więc tym narzędziem pozbawiono życia Gorzelów?” - pytał dziennikarz „Kuriera Lubelskiego".

Wstępne ustalenia śledczych były następujące: Gorzelowie wstali z łóżka 25 marca o godz. 6.15. Mieczysław poszedł do łazienki, a następnie do kuchni. Tam usłyszał pukanie do drzwi. Otworzyła jego żona. Zabójca najpierw pozbawił życia Franciszkę, a następnie Mieczysława. Dwie godziny później na zwłoki rodziców natrafił najstarszy syn, który przyszedł naprawić kran.

„Kurier Lubelski" z 1957 r.
„Kurier Lubelski" z 1957 r.

Początkowo śledczy podejrzewają, że do podwójnego zabójstwa doszło na tle rabunkowym. Wątpliwości budził jednak brak śladów włamania i drogi zegarek pozostawiony na ręku ofiary. Pod uwagę brane były także motywy polityczne.

Gorzelowie mieli po 47 lat. Oboje byli zasłużonymi członkami PZPR. Ona była radną Miejskiej Rady Narodowej. Taka śmierć przedstawicieli władzy była częstym tematem rozmów mieszkańców Lublina. „Najczęściej słyszaną wersją dotyczącą morderstwa jest oskarżenie starszego syna Gorzelów o dokonanie tego haniebnego czynu. Jak jest naprawdę?” - czytamy na pierwszej stronie „Kuriera" z 28 marca. Następnego dnia prokuratura potwierdziła tę wersję.

„Tak – brzmi odpowiedź na pytania postawione we wczorajszym numerze. 20-letni syn splamił ręce krwią rodziców” - donosił „Kurier Lubelski". 30 marca opublikowano ze szczegółami wyniki śledztwa i treść wyjaśnień złożonych przez Ryszarda Gorzela. „Młody Gorzel jest krnąbrny, agresywny, odgraża się nawet prowadzącym śledztwo funkcjonariuszom MO” - relacjonuje Kurier. Na ubraniu syna stwierdzono plamy rozbryzgowe krwi. Co więcej, w warsztacie przy ul. Orlej, w którym pracował podejrzany, znaleziono młotek pokryty czerwonymi śladami. W końcu przyznał się do zabójstwa.

Morderstwo z miłości

Proces Ryszarda Gorzela przed Sądem Wojewódzkim ruszył 25 czerwca 1957 r. W jego trakcie wyszło na jaw, że 20-latek planował ślub z dziewczyną o imieniu Danuta, zatrudnioną jako telefonistka. Rodzice nie godzili się na ich małżeństwo. Licząc na łagodniejszą karę, obrona usiłowała przedstawić zajście jako zabójstwo w afekcie.

- Zakochany człowiek jest w stanie manii. To choroba psychiczna. Przemijająca na szczęście, ale choroba – przyznaje dr Piotr Kwiatkowski, psycholog i psychoterapeuta. - Osoba będąca w stanie maniakalnym w ograniczonym stopniu odpowiada za swoje działania. Takim chorym zdarza się np. „wygarnąć" szefowi, rzucić mu wypowiedzenie na biurko, nagle sprzedać dom i wyjechać w podróż dookoła świata.

Zakochanie to potężna siła napędowa. W takim stanie inaczej myślimy, czujemy, mamy więcej energii, jesteśmy ożywieni, stajemy się zupełnie innym człowiekiem. - Do głosu dochodzą skrajnie silne afekty: złość, zazdrość, pragnienie połączenia się w jedno z ukochaną osobą itd. a samokontrola jest znacznie ograniczona. Jeśli mamy przeczucie, że ktoś stoi na drodze naszej miłości, stajemy się zdolni do czynów niewyobrażalnych. U niektórych osób może dojść do tak dużego napięcia, że pod wpływem impulsu są w stanie zabić – mówi psycholog.

Ale jest też druga strona medalu. Działanie pod wpływem impulsu i chwilowa niepoczytalność czasem stosowane są jako wybieg przed sądem. Powołując się na niedyspozycję psychiczną oskarżeni liczą na niższy wyrok.

- Nie u każdego człowieka ten mechanizm działa automatycznie. Dlatego sądy zwykle zwracają się o opinie do psychiatrów i psychologów. To szalenie indywidualna kwestia, którą wnikliwie badają zespoły biegłych - wyjaśnia dr Piotr Kwiatkowski.

Proces w 1957 r. zelektryzował mieszkańców Lublina. Emocje rosły na fali odwilży politycznej.

Rozbudzone nadzieje

- Dojście do władzy Władysława Gomułki w październiku 1956 r. rozbudziło w społeczeństwie ogromne nadzieje. Ludzie wierzyli, że wprowadzi więcej demokracji, egalitaryzmu. Dziś możemy uważać, że były to naiwne oczekiwania, ale pamiętajmy, że dla ówczesnych Polaków punktem odniesienia był terror okresu stalinowskiego i wszechobecna bieda. Dlatego ludzie chwytali się każdej nadziei na zmianę – wyjaśnia prof. Janusz Wrona, historyk z UMCS.

Na fali odwilży gomułkowskiej powstał Kurier Lubelski. Był powiewem świeżości w smutnych postalinowskich czasach. Do tej pory lublinianie mogli kupić w kiosku tylko Sztandar Ludu, organ partyjny. Mniej ważne było to, że o obsadzie redakcji Kuriera decydowała egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

- Nagle pojawiło się pismo, w którym zamieszczano ogłoszenia, pisano o kulturze, codziennym życiu lublinian. Na łamach pojawiały się informacje o Kościele i Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Nie było polityki, propagandy. To była nowa jakość - mówi prof. Janusz Wrona.

„Kurier Lubelski" z 1957 r.  pytał: „Czyżby jednak syn był mordercą własnych rodziców?"
„Kurier Lubelski" z 1957 r. pytał: „Czyżby jednak syn był mordercą własnych rodziców?"

Historyk przyznaje, że „Kurier Lubelski" odgrywał ogromną rolę w życiu akademickim w latach 60-tych. Największą bolączką studentów był niedobór mieszkań. Akademiki mogły pomieścić może 30 procent studentów. Reszta musiała szukać lokum na własną rękę. - Pamiętam kolejki, które ustawiały się w przed kioskami, żeby dopaść „Kurier Lubelski" z ogłoszeniami wynajmu mieszkań. Warto było zapłacić nawet za trudno dostępną w tym czasie taksówkę, żeby tylko zdążyć przed wszystkimi. Zasada była jedna: kto pierwszy ten lepszy – wspomina historyk.

Diabelskie piętno

Wracamy do marca 1957 r. Po publikacjach „Kuriera Lubelskiego" zabójstwo małżeństwa Gorzelów nabrało w mieście niebywałego rozgłosu. Na rozprawy do sądu przychodziły tłumy lublinian. „Kurier Lubelski" ze szczegółami opisywał okoliczności zbrodni. Padały imiona i nazwiska ofiar, świadków. Jeszcze przed postawieniem zarzutów media opublikowały pełne personalia i zdjęcie mordercy. Dziś byłoby to zupełnie nie do pomyślenia. 63 lata temu nie do pomyślenia było natomiast to, żeby media opisywały ze szczegółami życie partyjnych elit.

- Partia owiana była nimbem tajemnicy. Co więcej, rodzina prominentnych działaczy PZPR okazała się rodziną patologiczną. I o tym można było mówić i pisać. Ludzie zachłysnęli się wolnością - wyjaśnia prof. Janusz Wrona.

Wolność przejawiała się na różne sposoby. O jednym z ekscesów napisał Marian Brandys z warszawskiej „Nowej Kultury”. W 1957 r. opublikował tekst pt. „Diabelskie piętno”. Reportażysta relacjonował, że gdy oskarżony w arogancki sposób zaatakował jednego ze świadków, dostał brawa. „Klaskało kilkanaście osób o solidnym wyglądzie - bynajmniej nie pierwszej młodości. W starym katolickim Lublinie bito brawo mordercy” - pisał w reportażu.

Jedna z lublinianek miała o ofierze powiedzieć: - Ja jej wcale nie żałuję za to, co zrobiła w czasie okupacji.

Brandys doszedł do wniosku, że wyrazy uznania dla Gorzela i brak współczucia wobec ofiar to konsekwencja funkcjonowania obozu na Majdanku. Nienawiść tam zapoczątkowana miała być „diabelskim piętnem”, od którego Lublin i jego mieszkańcy nie mogą się wyzwolić.

Masakra w kamienicy przy 3 Maja. Zatłukł rodziców młotkiem, bo nie pozwolili na ślub. Tą tragedią żyło całe miasto
Łukasz Kaczanowski/archiwum

Reportażysta nie wspomniał o jeszcze jednym czynniku, który mógł mieć wpływ na zachowanie publiczności. Franciszka i Mieczysław podczas wojny i po niej mieli na pieńku z podziemiem antykomunistycznym lub - jak wówczas żołnierzy wyklętych nazywała propaganda - reakcyjnymi bandami. Po przejściu frontu obydwoje założyli we wsi Kozice (dzisiejszy powiat świdnicki) komórkę PPS, uczestniczyli we wprowadzaniu reformy rolnej i zwalczali podziemie. Podobno znali słynnego dziś Józefa Franczaka „Lalka”, wówczas partyzanta podziemia. Jest to możliwe, ponieważ i Franciszka Gorzel i i Franczak pochodzili z jednej wsi. Wiosną 1945 r. dom Gorzelów kilka razy otaczali partyzanci. Dochodziło do strzelaniny, interweniowały oddziały Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Świadkiem tych wydarzeń miał być wówczas ośmioletni Ryszard.

- Brandys trochę miał racji w tym, że Lublin był mocno doświadczony przez Majdanek. Czy dlatego ludzie bili brawo młodemu Gorzelowi? Być może atakował system, dlatego zyskał aprobatę sali sądowej. Co wywołało taką reakcję? Co powiedział Gorzel? Nie wiemy, bo cenzura nigdy nie dopuściłaby do publikacji takiej wypowiedzi. Partii nie można było krytykować - przyznaje historyk.

Egzekucja

Wyrok na oskarżonym wydano 1 lipca 1957 r. Podwójna kara śmierci. Sąd orzekł, że „całkowite wyeliminowanie go ze społeczeństwa jest konieczne i wtedy powstrzyma elementy zbrodnicze od naśladownictwa”. Z drugiej strony sąd podkreślił, że „moralnym sprawcą zbrodni dokonanej przez Ryszarda Gorzela była jego narzeczona Danuta Kasperek”.

„Przy odczytywaniu wyroku oskarżony zachowywał stoicki spokój. W przeciwieństwie do zachowania podczas przewodu sądowego nie okazywał żadnej skruchy i zdawać by się mogło, że w najmniejszym stopniu nie przeżywa wymiaru kary. O ile na procesie często płakał, wczoraj ani jedna łza nie spłynęła mu z oczu” - czytamy w „Kurierze Lubelskim" z 3 lipca.

„Kurier Lubelski" z 1957 r.
„Kurier Lubelski" z 1957 r.

Jeszcze tego samego roku skazanego stracono. Dzień później w „Kurierze" ukazała się krótka notka: „Wczoraj w godzinach popołudniowych na dziedzińcu więzienia mokotowskiego w Warszawie został wykonany wyrok na Ryszardzie Gorzelu".

Z czasem niewygodny dla PZPR stał się także „Kurier Lubelski". Niespełna rok po głośnym procesie kaganiec cenzury powrócił. - Nawet ograniczona swoboda wypowiedzi była niebezpieczna dla władzy, która, żeby przetrwać, musiała karmić ludzi propagandą partyjną - mówi prof. Janusz Wrona.

Artykuł ukazał się pierwotnie w Kurierze Lubelskim w lipcu 2020 r.

Astronauci amatorzy polecieli w kosmos

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie