MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Zdjęcia, które uleciały z pamięci. Fotografie Teodozji i Wincentego Podolaków z czasów II wojny światowej

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
ze zbiorów Adama Gąsianowskiego
Niezwykły, uratowany cudem zbiór ponad dwóch tysięcy fotografii wykonanych przez Wincentego Podolaka i jego siostrę Teodozję (z domu Podolak) w większości pochodzi z lat 1942-1946. Zdjęcia wykonano w gminie Skierbieszów oraz w okolicznych miejscowościach. Trafiły do Adama Gąsianowskiego, właściciela Muzeum Fotografii w Zamościu przez przypadek. Zbiór liczy już ponad 2 tys. zdjęć. Nadal „odzyskiwane” są kolejne.

- Blisko 600 zdjęć Teodozji i Wincentego Podolaków zostało opublikowanych w 2018 roku w albumie „Skarb znaleziony na strychu”. Część fotografii z pozyskanego zbioru nadal jest jednak nieznana. Z różnych przyczyn – mówi Adam Gąsianowski. - Zdjęcia były nieostre, negatywy zawilgocone, zniszczone itd. Mozolnie jednak udaje mi się niektóre z nich odzyskiwać w całości. To benedyktyńska praca. Ponadto już po opublikowaniu książki otrzymałem od rodziny Teodozji i Wincentego kolejne negatywy. Jestem za to bardzo wdzięczny. Jest na nich ponad 100 kolejnych fotografii. To wszystko stanowi bezcenny i w ogromnej części nadal nieznany zbiór. Chciałbym, aby to się zmieniło.

Rodziny ustawione w malownicze grupy

Jak do tych odkryć doszło? Pod koniec marca 2016 r. do zamojskiego Muzeum Fotografii przyszedł Antoni Podolak, mieszkaniec miejscowości Zrąb (gm. Skierbieszów). Przyniósł stare, metalowe puszki, które znalazł na strychu swojego domu. Były tam rolki z małoobrazkowymi negatywami fotograficznymi (miały one wymiary 24 na 36 mm). Umieszczono na nich daty: 1942 i 1943 r. Pan Adam zaczął negatywy ostrożnie z puszek wyjmować, a potem umieścił je w skanerze fotograficznym. Na monitorze pojawiło się najpierw 100 zdjęć, potem 200, 400, 600... w końcu pan Adam zobaczył ich ponad 2000!

Tak zapamiętał pierwsze wrażenia: – Ludzie na tych fotografiach byli ubrani schludnie, uśmiechali się, zachowywali się przed fotografem swobodnie. Po ubraniach można było wnioskować, że zdjęcia rzeczywiście zostały wykonane podczas II wojny światowej – opisywał wówczas Adam Gąsianowski. – Zobaczyłem całe rodziny ustawione w malownicze grupy, bawiące się dzieci, ludzi idących do pracy, pozujących na koniach czy furmankach. Były też dziesiątki pięknych portretów na różnych tłach. Niektóre z nich wyglądały jakby były zrobione do jakichś dokumentów. Na fotografiach pojawiły się też wesela, chrzciny, kondukty pogrzebowe, zmarli leżący w trumnach. Magia.

Adam Gąsianowski, odzyskiwał stare zdjęcia, a Antoni Podolak co jakiś czas przynosił mu kolejne puszki, szklane płytki oraz zdjęcia z rodzinnego albumu. Zaczął też opowiadać o tych fotografiach. Zapewniał, że większość z nich została wykonana przez Wincentego Podolaka, jego ojca. Podczas niemieckiej okupacji mieszkał on w miejscowości Huszczka Mała w gm. Skierbieszów. Niczym podobno nie różnił się od okolicznych gospodarzy. Uprawiał kilkuhektarowe pole, hodował krowy, świnie. Miał jednak pasję, która go wyróżniała: robił zdjęcia.

– Ojciec urodził się w 1901, a zmarł w 1976 roku. Te fotografie wykonywał dla siebie, rodziny oraz dla znajomych. Ot tak, na pamiątkę. Moja mama miała na imię Genowefa i pochodziła z Majdanu Sitanieckiego. Jej panieńskie nazwisko Golec. Oni byli zwykłymi ludźmi – podkreślał Antoni Podolak, z którym udało nam się wówczas porozmawiać. – Nigdy jakoś nie interesowałem się zdjęciami, które wykonywał ojciec. Znaczną część z fotografii, które udało mi się ostatnio odnaleźć zrobiła jego siostra Teodozja. Ona była nauczycielką. Nie wiem jednak jak negatywy znalazły się na strychu mojego domu i kto z nich tak naprawdę jest ich autorem.

Fotografowanie było koniecznością

Skąd takie wątpliwości? Rodzina Podolaków miała podczas wojny dwa aparaty fotograficzne: mieszkowy i małoobrazkowy. Być może rodzeństwo się nimi wymieniało. Tak czy owak, na pewno byli to bardzo zdolni ludzie. Antoni Podolak skontaktował nas także – po pewnym czasie - z Teodozją Drobik z domu Podolak. Udało się zorganizować spotkanie. Kobieta przyjęła nas bardzo ciepło i opowiedziała o swoich fotografiach oraz dziejach rodziny Podolaków. Wyjaśniła także wiele zagadek. Ta relacja jest dzisiaj bezcenna. Warto ją przypomnieć.

- Fotografowanie podczas wojny było dla mnie koniecznością, ale także wielką przyjemnością. Razem z bratem chętnie robiliśmy m.in. zdjęcia dzieci, bo one nas o to prosiły. Nie mieliśmy serca, aby im odmówić – wspominała Teodozja Drobik podczas spotkania. – Wszędzie chodziłam z aparatem fotograficznym. Dzisiaj dziwię się, że nikt mi go wówczas nie ukradł.

Byliśmy ciekawi wszystkiego. A wspomnienia pani Teodozji rozpoczynały się jeszcze... w 1914 r. Okazało się, że miały one w całej tej historii niebagatelne znaczenie. – Podczas I wojny światowej doszło do rodzinnej tragedii – wspominała pani Teodozja. – Przez Zamojszczyznę w 1914 r. przetaczał się front austriacko-rosyjski. Zdarzyło się, że mój dziadek Wojciech Podolak jechał wówczas wozem. Zobaczyli go austriaccy żołnierze. Krzyczeli, żeby stanął, ale on tego nie zrobił. Wtedy padł strzał. Dziadek został ranny w kolano. I ta rana okazała się śmiertelna. Dziadek mieszkał wówczas wraz z żoną w Huszczce Małej. Ich dzieci miały na imię Anna, Maria, Jan i Józef. Ten ostatni to był mój ojciec.

Wszystko mieliśmy w domu

Wojciech był podporą rodziny. Jednak dzięki pozostawionemu przez niego majątkowi jego dzieci mogły rozpocząć własne życie. – Rodzina początkowo nie miała gdzie się podziać, bo podczas I wojny nie tylko zginął dziadek, ale także jego zabudowania zostały zniszczone (strawił je pożar) – wspomina pani Teodozja. – Dziadek pozostawił jednak duże, 32-morgowe gospodarstwo. Zostało ono podzielone na cztery części. W ten sposób każde z dzieci Wojciecha dostało po 8 mórg (jedna morga to ok. 0,56 ha). Mój ojciec kupił wówczas w miejscowości Osiczyna budynek po dawnym spichlerzu. Został on przeniesiony do Huszczki Małej. Postawiono go na gruncie, który odziedziczył.

To był dom, w którym pani Teodozja się wychowywała. – Gdy ojciec się żenił, był już we wsi uważany za starego kawalera. Wybranką jego serca była młodsza od niego o ponad 20 lat Marianna, która wcześniej pracowała u mojego dziadka jako robotnica. Dziewczyna miała wówczas 18 lat. To była moja mama – opowiadała pani Teodozja. – W 1934 r. mój ojciec zmarł. Był wcześniej ciężko chory, chyba na astmę. Matka nie została jednak sama. Moi rodzice mieli pięcioro dzieci: Lucjana, Wincentego, Teofilę, Apolonię i Teodozję, czyli mnie. Byliśmy zgrani, nigdy od rodzeństwa nie zaznałam żadnej przykrości... Lutek był starszy ode mnie o siedem lat. On ukończył gimnazjum w Krasnymstawie, a potem Liceum Pedagogiczne w Lublinie. 16 czerwca 1940 r. został przez Niemców schwytany i trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Tam pozostał do końca wojny. Wyzwolili go Amerykanie.

Po śmierci ojca pani Teodozji jego obowiązki przejął Wincenty Podolak. – On był ode mnie starszy o 20 lat. Miał wiele talentów. Świetnie sobie radził z maszynami rolniczymi. Sam zmajstrował jakiś ciągnik, żniwiarkę itd. Prawo jazdy zrobił jeszcze przed wojną we Lwowie. Grał też na skrzypcach. Nie tylko. Jeszcze przed wojną mój brat Lutek kupił w Krasnymstawie aparat fotograficzny. Był on mieszkowy, ustawiało się go na statywie.

Potem bracia nabyli też inny aparat marki "Contax" (był to wówczas jeden z najbardziej zaawansowanych technicznie aparatów fotograficznych). To Wincentego wciągnęło. Sam zrobił powiększalnik fotograficzny, ciemnię itd.

– Wszystko, co było fotografowi potrzebne... mieliśmy w domu – zapewniała pani Teodozja. – Wincenty nie traktował raczej swojej fotograficznej pasji jako zawodu czy źródła dochodu. Taka była jego natura. Za uczenie ludzi muzykowania też nie brał pieniędzy (po wojnie prowadził kilka zespołów młodzieżowych m.in. w Wysokiem oraz w okolicach Skierbieszowa). Po prostu wykonywał zdjęcia ludziom, którzy go o to poprosili: rodzinie, znajomym – ciągnęła swoją opowieść pani Teodozja. – Czasami fotografował też wesela, pogrzeby czy różne uroczystości. Robił piękne zdjęcia. A przecież Wincenty w każdej dziedzinie, także w fotografii, był samoukiem.

Taka to była tułaczka

Osobowość Wincentego wywarła wielki wpływ na życie pani Teodozji. – Byłam z całego rodzeństwa najmłodsza. Urodziłam się 7 marca 1920 r. w Huszczce Małej. Do 7-klasowej podstawówki uczęszczałam w Skierbieszowie. Ta szkoła nosiła imię Ignacego Mościckiego i miała dobry poziom. Budynek, w którym się znajdowała, był murowany, piętrowy i dobrze wyposażony w pomoce naukowe. Moja klasa liczyła ponad 20 osób – wspominała pani Teodozja. – Wśród nich były dwie Żydóweczki: Małka Haimówna oraz dziewczynka o imieniu Cytra. Pamiętam też Eliego o nazwisku Boim. Jego ojciec miał sklep w Skierbieszowie. Wszystkie dzieci były w naszej klasie traktowane jednakowo.

Według spisu z 1921 r. w Huszczce Dużej stało 56 domów, w których żyły 332 osoby. Natomiast w sąsiedniej Huszczce Małej było 26 domów w których naliczono 186 mieszkańców. Obie miejscowości zostały w listopadzie 1941 r. wysiedlone w ramach tzw. próbnej akcji wysiedleńczej. Gospodarstwa wypędzonych Polaków zajęli niemieccy koloniści oraz volksdeutsche.

– Niemcy zebrali wszystkich i popędzili w stronę Zamościa. Tak stało się także z moją rodziną, chociaż mnie udało się jakoś uciec. Pognano ich do tzw. kawalera (chodzi o zamojski Nadszaniec), a potem popędzono dalej, w okolice Teptiukowa. Taka to była tułaczka... – opowiada pani Teodozja. – Potem moja rodzina wróciła do Zamościa. Ja do nich wówczas dołączyłam. I wtedy Niemcy powiedzieli nam, że wysiedleńcy mogą wyjechać dokąd chcą, aby tylko nie wracali do rodzinnych wsi... Zabraliśmy matkę i w Wigilię 1941 r. przyjechaliśmy do Kalinówki (gm. Skierbieszów).

Ta wieś znajdowała się zaledwie kilka kilometrów od Huszczki Małej. – Zamieszkaliśmy (w Kalinówce) na tzw. górce. Tam schroniliśmy się w jednym z gospodarstw. Kalinówka nie była podczas wojny wysiedlona. Jednak w niej także żyło się bardzo ciężko – wspominała pani Teodozja. – Także dlatego zaczęłam fotografować. Właściwie od tego czasu to głównie ja wykonywałam zdjęcia, bo brat przekazał mi sprzęt fotograficzny, który udało się ocalić. Z tego próbowaliśmy żyć. Mieliśmy też brata Lutka w obozie koncentracyjnym. Musieliśmy mu pomóc... Ja wykonywałam zdjęcia m.in. do kenkart (chodzi o dokument tożsamości wydawany przez okupacyjne władze), ale także robiłam fotografie całym rodzinom i wszystkim, którzy o to prosili. Nie byłam zdziertusem. Za moje zdjęcia nie brałam wielkich kwot. Za zdobyte w ten sposób pieniądze kupowaliśmy jedzenie i potrzebne rzeczy także dla brata w obozie. On po wojnie napisał do nas, że gdyby nie ta pomoc, nie byłby w stanie przeżyć. Miałam o co się starać…

W tym czasie zdjęcia w Kalinówce i okolicy tej wsi wykonywali jedynie Podolakowie. Co ciekawe, w odzyskanym przez Adama Gąsianowskiego zbiorze są także fotografie pozujących niemieckich żołnierzy oraz kolonistów. Takich zdjęć jest kilkadziesiąt. W jakich okolicznościach zostały wykonane?

– Huszczka (Mała i Duża) była miejscowością nasiedloną przez Niemców. Niedaleko Kalinówki, w której podczas wojny mieszkałam, był ich posterunek. Może oni także poprosili o zdjęcia... Nie wiem... – zastanawiała się Teodozja Podolak. – Nie pamiętam, żebym to ja im takie fotografie robiła lub wykonywano je w mojej obecności (wygląda na to, że zrobił je Wincenty Podolak). Mogło tak się stać z wielu powodów. Jeszcze podczas wojny zachorowałam na tyfus. Leżałam przez kilka tygodni w zamojskim szpitalu.

I dodała: – Nasza rodzina z obawy przed planowanymi wysiedleniami (o których krążyły różne pogłoski) przenosiła się z miejsca na miejsce. Przez jakiś czas mieszkaliśmy np. razem z matką i bratem Wincentym w Łosiczynie. Tak udało nam się jakoś tę wojnę przetrwać.

Prababcia rozpoznana... w trumnie

Po wojnie pani Teodozja także fotografowała, ale już nie tak intensywnie. Bo w 1945 r. ziściły się jej marzenia. Rozpoczęła naukę w Liceum Pedagogicznym w Lublinie. Kształciła się tam cztery lata. Potem była m.in. nauczycielką w Szkole Podstawowej w Piotrkowie Trybunalskim. W wieku 31 lat wyszła za mąż za Jana Drobika. Miała z nim dwoje dzieci: Teodozję oraz Tomasza.

W 2016 roku (wtedy odbyła się nasza rozmowa) pani Teodozja Drobik z domu Podolak miała 97 lat. Mieszkała w Lublinie. Niewielką część zdjęć wykonanych przez siebie oraz Wincentego Podolaka przechowywała w swoich albumach. Adam Gąsianowski pokazał jej cały zbiór fotografii, który udało mu się ocalić. Kobieta była wzruszona.

– Mnóstwo sytuacji uwiecznionych na tych starych zdjęciach uleciało z mojej pamięci. Nie pamiętam wielu twarzy, nazwisk, miejsc – mówiła Teodozja Podolak. – Jednak to, że mogłam te zdjęcia po tylu latach zobaczyć, było dla mnie naprawdę ważne.

Nie tylko dla niej. Zdjęcia Teodozji i Wincentego Podolaków zostały wydane w 2018 roku w albumie pt. „Skarb znaleziony na strychu”. Stało się to dzięki wsparciu Urzędu Gminy w Skierbieszowie. Nakład tej książki wyniósł wówczas 2 tys. egzemplarzy. W całości został rozdany okolicznym mieszkańcom oraz wszystkim, którzy byli publikacją zainteresowani.

Opis fotograficznej działalności Teodozji i Wincentego Podolaków znalazł się w wydanej ostatnio książce Agnieszki Pajączkowskiej pt. „Nieprzezroczyste. Historie chłopskiej fotografii” (wśród opublikowanych zdjęć zamieszczono m.in. fotografię rodziny autora tego tekstu, wykonaną podczas II wojny światowej przez Teodozję lub Wincentego Podolaków w miejscowości Stanisławka w gm. Sitno).

Ta opowieść nadal trwa. - Ludzie rozpoznają swoich bliskich na tych starych fotografiach. W sumie takich osób było kilkanaście. To może niewiele, bo na zdjęciach znalazły się przecież tysiące mieszkańców Zamojszczyzny, jednak czas po prostu zrobił swoje… wszystko przecież powoli odchodzi w niepamięć – mówi Adam Gąsianowski. - Dlatego każde takie „rozpoznanie” jest niezwykle ważne, nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla rodzin. Ostatnio zgłosiła się do mnie np. pani Iwona, która rozpoznała swoją prababcię. To było zdjęcie pogrzebowe, jej prababcia leżała w trumnie. Takie historie też się zdarzają…

Album i wystawa

Adamowi Gąsianowskiemu nadal udaje się „odzyskiwać” zdjęcia z negatywów wykonanych przez uzdolnione rodzeństwo. Będzie można je zobaczyć. Gmina Skierbieszów przygotowuje album ze zdjęciami miejscowych fotografów, głównie z lat 50 i 60 ub. wieku (ale także starszymi). Wykonywali je: Tadeusz Szkamruk, Wiesław Sędłak (pisaliśmy ostatnio o ich dokonaniach obszernie), Jan Adamczuk, Piotr Pszenniak i m.in. Zygmunt Węcławik. Ich dzieła znajdą się w planowanej publikacji. Nie tylko one. W nowym albumie znajdą się także nieznane dotychczas zdjęcia wykonane przez Teodozję i Wincentego Podolaków.

- Planuję także wystawę nieznanych dotychczas zdjęć rodzeństwa. Nie wiem jeszcze czy w Zamościu czy w Skierbieszowie. A może w obu tych miejscowościach… Zobaczymy – zastanawia się Adam Gąsianowski.

od 12 lat
Wideo

echodnia.eu Dom rodzinny Ponurego czeka na gości

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski