„Chcę wrócić do Ukrainy i walczyć, ale do obrony terytorialnej ciągle są kolejki” – rozmowa z Marią Zan, Ukrainką i wolontariuszką

Joanna Jastrzębska
Joanna Jastrzębska
Udostępnij:
Maria Zan (Alterman) ma 22 lata i pochodzi z Odessy. Z Ukrainy wyjechała prawie sześć lat temu w sprzeciwie m.in. dla korupcji na uniwersytetach. Skończyła lingwistykę na UMCS-ie, pracuje jako tłumaczka, a od 24 lutego jej głównym zajęciem jest pomoc rodakom.

Jak się czujesz?

Zawsze jak ktoś mnie o to pyta, odpowiadam po prostu: „jestem z Ukrainy”.

Od dnia zaostrzenia wojny działasz w Lubelskim Społecznym Komitecie Pomocy Ukrainie. Czym się teraz zajmujecie?

Operujemy dworcami PKP i PKS i punktami noclegowymi. Do tego dochodzi transport, pomoc prawna i zakwaterowanie. To ostatnia jeszcze działa, ale nie ma już osób w Lublinie, które mogłyby udostępnić dom. Te, które chciały, już to zrobiły, więc nowym uchodźcom coraz trudniej jest znaleźć miejsce i najczęściej muszą jechać dalej. Jest jeszcze działka tłumaczeniowa, czyli moja, i zarządzanie. Spotykamy się co tydzień, żeby omówić dalsze działania.

Jak wyglądają te spotkania?

Omawiamy przede wszystkim problemy, które wychodzą poza system.

Na przykład?

Mamy pomoc prawną, ale co w sytuacji, kiedy osoba nie podlega pomocy systemowej? Myślimy, jak możemy jej pomóc poza systemem. System zawodzi też w przypadku osób z niepełnosprawnością czy tłumaczy.

Co jest nie tak z tłumaczami, których kierują do was rządzący?

Często nie jest sprawdzany rzeczywisty poziom wiedzy i okazuje się, że tłumacz, który został przysłany, jest osobą znającą ukraiński czy rosyjski, ale nie potrafi przełożyć wypowiedzi na polski.

Jak wygląda twoje życie jako wolontariuszki? Jest przestrzeń na odpoczynek?

Staram się ją wykroić. Przez pierwszy miesiąc działałam na adrenalinie. To znaczy, że organizm nie daje mi sygnałów, kiedy siły się kończą, tylko ciągle trzyma na nogach. Teraz uczę się je zauważać: mówi „idź odpocznij” i odpoczywam.

Udało się zagłuszyć wyrzuty sumienia w tych momentach?

Jeszcze miesiąc temu nie umiałam. Ukraiński psycholog Mark Livin pisze o zjawisku, które często obserwuje w kraju. Chodzi o to, że wolontariusze czują się winni, że robią mniej niż zbrojne siły Ukrainy. Livin tłumaczył to tak, że każdy jest na swoim miejscu i robi najlepiej to, co w danej chwili może. Stwierdził, że to nasza droga do zwycięstwa: jeśli ktoś nie pomaga teraz, pewnie po zwycięstwie włączy się w odbudowę kraju. Przekonał mnie. Uznałam, że jak na ten moment zrobiłam wystarczająco, więc mam prawo dzielić swój dzień na pracę i odpoczynek.

Na twoje osiedle w Odessie ostatnio spadły bomby. Trudno mi sobie wyobrazić, co się wtedy czuje.

Też nie wiem, co czuję. Organizm zwykle reaguje po czasie. I to jest normalne: najpierw się mobilizujemy do działania, a później przychodzi moment wyrzucenia emocji. U mnie jest milczenie, kilka godzin w ciszy. Pomaga. To nie znaczy oczywiście, że nie pojawią się łzy, bo wiadomości się nawarstwiają i w końcu dochodzi też do płaczu. No ale nie mogę narzekać, w niektórych miastach jest o wiele gorzej. Po sąsiedzku, w Mikołajowie i Chersoniu, jest już pełna okupacja rosyjska. Moi przyjaciele wożą tam wodę w ogromnych ilościach, np. po 35 ton. W Odessie nie jest jeszcze tak źle, ale przygotowuję się, że może być gorzej.

A co z twoją rodziną?

Dziadkowie przyjechali do Lublina w trzecim tygodniu wojny. W trzecim tygodniu, bo tyle czasu z nimi negocjowałam.

Czego nie chcieli zostawić? Już słyszałam o polu, o psie, a nawet o kogucie, które były dla Ukraińców przeszkodą do decyzji o wyjeździe.

Dziadkowie na szczęście nie mają pola ani zwierząt, od zawsze mieszkali w mieście. I właśnie to był problem, bo Odessa jest ich życiem. Drugą kwestią było morze – dziadek jest marynarzem i nie może bez niego żyć. Trzeci powód to majątek i chodzi tu nie tylko o wartość pieniężną, ale również sentymentalną.

Czym w takim razie ich przekonałaś?

Głównym argumentem było, że stąd dziadek może wyjechać do pracy. Więc już jest na statku.

A babcia?

Siedzi tutaj. Próbuję ją zaaklimatyzować, ale kiedy pytam, jak się ma, mówi: „jak uchodźczyni”. Bardzo tęskni za Odessą. Czasem jak się budzi, myśli, że tam jest. Dopiero po chwili przychodzi świadomość, że nie. Wiem, że jej ciężko.

Ktoś z rodziny został w Ukrainie?

Mama nadal jest w Odessie, a wujek broni miasta.

Rozmawiałyśmy już o tym, co robisz i myślisz jako wolontariuszka. A co myślisz jako Ukrainka, kiedy każdego dnia czytasz informacje o wojnie w twoim kraju?

Wciąż mam poczucie winy, że jestem tu, w komforcie bezpieczeństwa, a nie tam. Pomaga je przezwyciężyć świadomość, że wykorzystuję swoje kompetencje w Lublinie, żeby pomagać rodakom. Dzięki temu dalej tu jestem i działam.

Czujesz się patriotką?

Oczywiście. Uważam się za emigrantkę polityczno-społeczno-ekonomiczną. Kiedy wyjechałam w 2017 r., perspektyw nie było, a sytuacja w kraju była zła. Panował kryzys. Powstawały nowe inwestycje, ale sytuacja nie była ustabilizowana. Wielki kontrast. Uniwersytety były skorumpowane i jak źle by to nie brzmiało, wojna ma swoje plusy, bo jest drogą do odbudowy kraju. Po wojnie korupcji już nie będzie, bo to my, młodzi, o tym decydujemy, a mieliśmy jej dość. Na moje uczucia do kraju wpłynęły też wydarzenia z 2 maja 2014, które Wikipedia nazywa „zamieszkami w Odessie”, co mnie wkurza.

Dlaczego?

To był nasz sprzeciw wobec chęci przeprowadzenia „referendum”, po którym Odessa mogłaby się stać Ludową Republiką Odeską. Nawieźli nam wtedy tituszek, czyli najemników rosyjskich. Zrobili swego rodzaju protest, w którym domagali się zrobienia z Odessy prorosyjskiej republiki. Zginęło 48 osób, byli też tacy, po których po prostu zaginął ślad. Pokazaliśmy wtedy, że Odessa to Ukraina, a we mnie utwierdziło się przekonanie, że Ukrainą jesteśmy wszyscy – od Lwowa do Donbasu, od Odessy do Żytomierza, Charkowa i Czernihowa. I oczywiście Krym.

A co dziś dla ciebie oznacza patriotyzm?

Wg Rosji miłość do kraju to destrukcja siebie i społeczeństwa. Moje zdanie jest takie, że patriotyzm to zachowanie wolności i miłości do siebie i rodaków. Chodzi o rozwijanie się, iście do przodu, jedność bez względu na kolor skóry, język, narodowość, wyznanie i orientację seksualną. Jestem patriotką, więc jednoczę się z rodakami pochodzenia ormiańskiego, gruzińskiego, francuskiego czy włoskiego. W kontekście Ukrainy ważne jest też podkreślenie, że jesteśmy jednym narodem bez względu na region, w którym mieszkamy. Myślę, że w tej kwestii popełniliśmy ogromny błąd w 2014 r., bo każdy region miał swoją narrację, nie mieliśmy jednej polityki dotyczącej wpływów rosyjskich.

Efektem tych wpływów, których doświadczacie od wielu lat, jest to, że dla części Ukraińców rosyjski stanowi język ojczysty. Słyszę jednak, że coraz więcej osób z niego rezygnuje. Jak jest u ciebie?

To bardzo skomplikowane. Mam dwa ojczyste języki: rosyjski i ukraiński, oba uważałam za równoprawne. Teraz jednak, kiedy zaczynam mówić po rosyjsku, czuję, że nie tędy droga i że brzmię jak okupantka. Ale nie poradziłam sobie jeszcze z konfliktem wewnętrznym. Z jednej strony to właśnie po rosyjsku matka mówiła „kocham cię”, babcia „tu twoja zupa”, a dziadek „cześć, wróciłem ze statku”. Z drugiej słyszę ten język w filmikach, kiedy żołnierze Putina zabijają moich rodaków. Nowa Ukraina nie powstanie bez urzędowego języka ukraińskiego, ale trzeba pamiętać, że rosyjski nie zniknie całkiem, wręcz nie powinien, tak samo jak jidysz i hebrajski. Kiedy Żydzi otwierają drzwi, na całej ulicy słychać ich pieśni. Tolerowany powinien być każdy z wielu występujących w Ukrainie języków. Również rosyjski, którego ilość jest zależna od regionu.

Jeśli jesteśmy przy temacie regionów, w Polsce chyba powiększyła się wiedza społeczeństwa na temat kultury Ukrainy?

Zdecydowanie. Jak tylko przyjechałam, ludzie pytali mnie, czy Odessa to Krym. To wynikało czasem z ignorancji, ale częściej z niewiedzy. Chociaż pamiętam, jak na studiach wykładowczyni mówiła do mnie Tatiana, myślała, że jestem z Krymu i pytała, jak tam Putin.

Czy to pytanie jest w porządku, nawet jeśli założymy, że jesteś Tatianą z Krymu?

Nie, nie było w porządku i dziwię się, że właśnie na uniwersytecie się z nim spotkałam. Wtedy tego nie zgłosiłam, bo nie znałam polskiego i nie wiedziałam, co jest grane, ale teraz na pewno bym tego nie zostawiła.

Walczysz z niewiedzą.

Tak, chociaż robi na mnie wrażenie, w jak niesamowicie krótkim czasie Polacy przyswoili ogrom nowych informacji. To pozytywnie przerażające. Nawet jeśli Polacy czegoś nie wiedzą i dopytują, wynika to z empatii.

À propos empatii – zaskoczyła cię postawa Polaków po 24 lutego?

Hmm. Wiem, że Polacy są zamknięci na inność, co widzimy zwłaszcza na granicy z Białorusią. To paradoks, że 200 km stąd nadal ludzie są na granicy, w lesie, w bagnach, a dzieje się to tylko dlatego, że nie są Słowianami. Ale postawą wobec Ukraińców nie byłam zaskoczona. Tuż przed wojną czułam, że to właśnie Polacy będą pomagać. Macie u nas rodziny, przedsiębiorstwa, od lat nas zatrudniacie, no i to wy jako naród doświadczyliście tego co my w czasie II wojny światowej i komuny. Polacy porzucili antyukraińskie nastroje w stylu: jesteśmy braćmi i siostrami, kłócimy się, ale jak mamy kryzys, jesteśmy w nim razem. To taka typowa słowiańska rodzina, nie uważasz?

Może to być też styl: my was możemy obrażać i wieszać na was psy, ale jak robi to ktoś inny, wystawiamy kły.

Rzeczywiście, to ciekawe spostrzeżenie. Kiedy przyjechałam tu sześć lat temu, słyszałam komentarze „wracaj, skąd przyjechałaś”. Na pewno z Polaków wychodzi teraz inne nastawienie do Ukraińców. Nie chcę powiedzieć, że Polacy się zmienili, ale w obliczu kryzysu z głębi serca zaczęły wychodzić inne rzeczy, które wcześniej przykrywały uprzedzenia. Nie ma już „polskości”, jest – nie wiem, jak to nazwać – „polskoukraińskość”.

Wyobrażasz sobie koniec wojny?

Oczywiście. Myślę o tym, jak będziemy odbudowywać kraj po zwycięstwie. Rozmawiam z przeróżnymi osobami z Ukrainy – wolontariuszami, studentami, żołnierzami i nikt od samego początku nie ma wątpliwości, jak zakończy się wojna. Myśli o kraju przyszłości zaczęły się pojawiać natomiast trzy, cztery tygodnie po zaostrzeniu wojny.

I jaki będzie kraj przyszłości?

Na pewno wsparty ogromem inwestycji z zewnątrz. Pójdziemy do przodu nie tylko ekonomicznie, ale i mentalnie. Uda nam się wejść do Unii Europejskiej. Zresztą teraz są tam liderami kraje słowiańskie. Przepraszam, ale zachodnia Europa nawet częściowo uległa Rosji pod względem ekonomicznym. Okazuje się nagle, że wolność nie jest zachodnioeuropejską wartością, tylko naszą, wschodnią. Oprócz inwestycji finansowych będą też ludzkie – mieszkańcy krajów całego świata przyjadą, żeby zobaczyć, pomóc odbudować kraj i społeczeństwo. Już zwraca się uwagę na innowacyjne rozwiązania, które są w Ukrainie. Ludzie teraz się dziwią, że można u nas założyć konto w banku bez wychodzenia z domu. A ja im na to: halo, WhatsApp stworzył Ukrainiec! Myślę więc, że dużo zainwestujemy też w branżę IT. No i w końcu przezwyciężymy korupcję, która jest typowo rosyjskim schematem. Uważam również, że między nami a Rosją stanie wysoki mur.

Chciałabyś wrócić do Ukrainy?

Już teraz chcę. Od 24 lutego próbuję dostać się do obrony terytorialnej, ale nie ma miejsc. Kolejki są na kilka miesięcy do przodu.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rosjanie atakują swoich

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Kurier Lubelski
Dodaj ogłoszenie