Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Zanikające odgłosy Szuszy. Felieton Jacka Borkowicza

Jacek Borkowicz
Jacek Borkowicz
Jacek Borkowicz
To miasto powstało z woli jednego człowieka, chana Karabachu. Rozkazał je zbudować na przepaścistej, górującej nad okolicą skalę – na własną cześć, jak faraoni, ongiś wznoszący swoje piramidy. Jednak Szusza nie okazała się grobowcem, lecz miejscem pełnym życia.

Jeśli ktokolwiek wyobraża sobie klasyczny stereotyp Wschodu, w którym twardy, metaliczny dźwięk spalonej słońcem skały zlewa się harmonijnie ze śpiewem słowików w różanym ogrodzie – mógłby go umieścić właśnie tam. Bo Szuszę zbudowano na skrzyżowaniu Europy i Azji. Miejscowi Ormianie, dziedzice starożytnych, zapomnianych już przez historię cywilizacji, nadawali
w tym zestawie tonów akcent respektu dla chrześcijańskiej przeszłości tego kraju.

Z kolei muzułmanie (zwano ich różnie: Tatarami, Turkami, wreszcie Azerami) nasączali uliczny gwar miękkością perskiej poezji. Sława miejscowych śpiewaków oraz mistrzów kaukaskiej lutni sięgała od Stambułu aż do Teheranu. W marcu 1920 roku ormiańską połowę miasta wymordowała połowa „tatarska”, echa tych wydarzeń mamy w „Przedwiośniu” Żeromskiego. Tym, którym udało się ujść z pogromu, nie dane już było wrócić do własnych domów. Obszerne górne miasto, wniesione tuż nad krawędzią skalnej przepaści, stało się dzielnicą ruin, przez kilka dziesięcioleci straszących przypadkowych przechodniów.

Odtąd żyła tylko połowa azerska. Jednak nie było to już to samo życie, co dawniej. Uliczni śpiewacy wynieśli się do innych miast. Nie chcieli śpiewać o miłości tam, gdzie zakrólowała śmierć. Wiosną 1992 roku zdobyli Szuszę Ormianie. Mieli do tego takie samo „historyczne prawo” jak Azerowie. Tym razem opustoszała i druga połowa. Uchodźcy pospiesznie spakowali tobołki i ruszyli w głąb Azerbejdżanu.

Szusza stała się miastem-widmem, bo niewielu Ormian z Górskiego Karabachu, państwa nieuznawanego przez resztę świata, chciało osiedlać się na tym cmentarzu. Woleli zostać w sąsiednim Stepanakercie, mieście które swego czasu zaludnili uchodźcy z 1920 roku. Ta prowizorka trwała przez trzydzieści lat. Dwa lata temu rosnący w siłę Azerowie uderzyli na Górski Karabach. Ich wojsko, po kilkudniowych walkach, wdarło się do Szuszy. Uciekli ci nieliczni z Ormian, którzy tam mieszkali, a pustka – jeśli to w ogóle możliwe – stała się jeszcze bardziej pusta.

Wygnani swego czasu Azerowie nie wracali, bo przecież wiedzieli że to nie koniec historii. Ze skały, na której stoi Szusza, doskonale widać bloki Stepanakertu. Było tylko kwestią czasu, kiedy nastąpi drugi akt tej agresji. Nastąpił dwa dni temu.

We wtorek artyleria Azerbejdżanu przystąpiła do ostrzału ormiańskiego bastionu otoczonego azerskim morzem. Świat będzie się przyglądał tej wojnie z umiarkowanym zainteresowaniem, tak jak przyglądał się przez lat trzydzieści. Ten felieton nie jest ani „za Ormianami”, ani „za Azerami”. Nie jest też „przeciw”, bo czy można być przeciw deszczowi albo gradobiciu? Żal tylko że w każdej kolejnej odsłonie takiego międzyludzkiego starcia nieodmiennie cierpi samo życie – oraz kultura.

Autor jest historykiem, pisarzem i publicystą.

od 7 lat
Wideo

Tadeusz Płużański - Dlaczego warto pielęgnować pamięć o wyklętych

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na kurierlubelski.pl Kurier Lubelski